01 kwietnia 2014

COUNTING STARS


Między jedną relacją ze zwiedzania Teneryfy a drugą wypadałoby rzecz jasna pokazać jakąś wakacyjną stylówkę. Zatem jest. 


Wciąż flirtuję niewinnie ze sportowo-streetowym stylem. Wróć. Właściwie to nie. Romans trwa w najlepsze. 
Jest intensywny. Jest burzliwy. I gorący.
Gdyby nie poniedziałowo-piątkowy dress code, powiedziałabym, że ten związek to coś poważnego.  Wiecie - "na stałe". A tak pozostają tylko spontaniczne randki... czasem jedna, czasem dwie w tygodniu. Koleżanki mówią, że tylko taki układ ma szansę przetrwać lata. Niebezpieczne związaki? Może w tym szaleństwie faktycznie jest metoda. 

Jak kolacja na Krakowskim Przedmieściu - to sportowa sukienka.
Jak spotkanie przy boisku do kosza - to dresy.
Jak romantyczny spacer po plaży - to tylko biała maksi wyswatana z conversami. 

 Kuszące połączenia. 



ZDJĘCIA: Maciej
dressSzychulska || shoes - Convers || headphones - Sony 

23 marca 2014

TENERIFE - ISLAND OF HAPPINESS



Nie lubię się tłumaczyć, ale miesięczne milczenie na blogu, chyba jednak wymaga komentarza. Nowa praca i nowe, ekscytujące projekty pochłonęły mnie tak bardzo, że blogosfera zeszła na chwilę na boczny tor. Wracam jednak z nie byle czym - w międzyczasie spełniłam jedno z moim noworocznych postanowień, tj. zjechałam pewną wyspę wzdłuż i wszerz. Dokładnie mówiąc - Teneryfę. Zatem zapraszam na przejażdżkę! 

Z każdego wyjazdu zawsze przywoziłam kartę pamięci pełną zdjęć. Tym razem bardziej skupiłam się na doświadczaniu przez smak, wzrok i węch, niż przez obiektyw. Co oczywiście nie znaczy, że fotorelacja w pełni nie odda klimatu naszej tygodniowej wyprawy. Po prostu spust aparatu było słychać tylko w tych najciekawszych momentach. Piękna wyspy nie da się upchnąć w jednym poście. Pierwsza część to relacja z trzech dni - właśnie na tyle wynajęliśmy samochód... 


DZIEŃ  1 


El Medano, Candelaria, Santa Cruz de Tenerife, Playa de las Teresitas
 
Zatrzymujemy się na południu wyspy - w Las Americas, czyli w jednym z najbardziej popularnych kurortów. Jak się nietrudno domyśleć, powód jest najbardziej prozaiczny z możliwych. Region Costa Adeje to najcieplejsza część wyspy, a słońce i oliwkowa opalenizna to nasz priorytet. Niech żyje próżność. A co!  

Pierwszego dnia miejscem docelowym jest - według zapewnień Amarala (właściciela wypożyczani samochodów, który swoim rozkazującym tonem przeorganizował naszą listę must see) jedna z najpiękniejszych plaż: Playa de las Teresitas. Ruszamy więc zwiedzić wschodnie wybrzeże.



Pierwszy przystanek to El Medano i jedna z najbardziej wietrznych plaż w tej części wyspy: Playa del Medano. Duże fale sprawiają, że jest wymarzonym miejscem dla amatorów sportów wodnych. Zawody windsurfingowe, zawody kitesurfingowe, wszystko dzieje się tutaj. Ja zapamiętałam ją jako jedno z najmniej urodziwych miejsce na naszej trasie. Podczas gdy o poranku w Las Americas było czyste niebo i 22 °C, tutaj jest pochmurno i chłodno.

Montana Roja - czyli czerwona góra, wygląda zupełnie tak, jakby stała w ogniu.


Niechęć do El Medano pogłębiła jeszcze jedna rzecz. Ohydna sałatka z owocami morza, która w karcie wyglądała obłędnie, a na talerzu tak...

Spadajmy już stąd. Błagam. 


Kierując się na północ zatrzymujemy się na małych, dzikich plażach. Każda ma inny odcień.


W drodze do Santa Cruz jest jeszcze malownicza Candelaria. Tu wita nas ciepłe słońce i fantastyczne widoki ze skarpy. Miasto można porównać do Częstochowy, jest miejscem pielgrzymek wiernych i największym ośrodkiem kultu Czarnej Madonny - patronki Wysp Kanaryjskich. 

Z lewej strony wieża Bazyliki Matki Bożej dumnie góruje nad wybrzeżem, za nią rozciąga się pasmo górskie Anaga. Z prawej widać czarne, skaliste klify i rozbryzgujące się o nie fale. Patrz, jak się rozbryzguje!!! to motto przewodnie, mantra całego wyjazdu.


Upojeni widokami z klifu, zjeżdżamy na dół, by rozejrzeć się po okolicy.

Nowe miejsca najchętniej poznaję przez pryzmat dwóch rzeczy: jedzenia i... kościołów. Tak, to mój absolutny bzik. Uwielbiam zwiedzać katedry, bazyliki, klasztory. Ta obsesja zaczęła się kilka lat temu podczas pobytu we Włoszech. Niestety Teneryfa na tym polu zawodzi, bazylika w Candelarii jest jedyną świątynią, którą zwiedzamy. Wszystkie kolejne są zamknięte.

Jej wnętrze to nic szczególnego. Niewarte zapamiętania. Warta zapamiętania jest natomiast inna rzecz. Obraz żebraczek siedzących na schodach kościoła, które... śmiały się w głos, plotkowały i tylko od czasu do czasu - kiedy im się przypomniało, zaczepiały wchodzących do środka, prosząc o pieniądze. Mamy wrażenie, że to bardziej spotkanie towarzyskie i do pełni szczęścia brakuje tylko kawki i ciasteczek.


Po południu docieramy w końcu do Santa Cruz - stolicy wyspy. A właściwie do jej portu i okolic Auditorio de Tenerife, który na myśl przywodzi Operę w Sidney. Budynek zaprojektował  bardzo znany hiszpański architekt Santiago Calatrava - ten sam, który odpowiada za mój ulubiony lizboński dworzec Gare do Oriente czy berliński Spandau

Budynek jest wizytówką Santa Cruz. Odbywają się w nim wystawy, koncerty, konferencje. W pobliżu kręci się miejscowa hipsterka. Dzieciaki jeżdżą na longboardach i rolkach. Jest leniwie. Jest malowniczo.



Na godzinę przed zachodem słońca dojeżdżamy do celu - Playa de las Teresitas. Czy to naprawdę najpiękniejsza teneryfska plaża, jak zapewniał gość z wypożyczalni? Zdecydowanie nie. 

Jej historia jest bardzo ciekawa - została utworzona w latach 30., poprzez przywiezienie z Sahary góóóóóóóóry piasku. Ma absolutnie fanatyczne usytuowanie, bo u samych stóp pasma Anaga, ale dla mnie to naturalne, czarne plaże są zdecydowanie bardziej czarujące. Co nie znaczy, że nie warto jej odwiedzić.  




DZIEŃ 2

Playa san Juan, Los Gigantes, Puerto de Santiago


Drugiego dnia punktem docelowym jest Los Gigantes, miejscowość położona 30 km na północ od  Las Americas. Dlaczego? Z kilku powodów: największych na wyspie klifów, delfinów i Maski, ale po kolei.

Poranek spędzamy w Playa san Juan, miejscu wolnym od turystów i miejsc parkingowych, co w zasadzie powinno się wykluczać. Gdy w końcu udaje nam się upchnąć gdzieś auto, oddajemy się naszej ulubionej czynności - włóczeniu po plaży.



Uschnięte liście palm w roli "narzędzia" do sprzątania ulic - top of the top kreatywności. :)





Playa san Juan ma leniwy i lekko prowincjonalny klimat. Miejscowi nie zwracają uwagi na przyjezdnych. Wszystko toczy się swoim zwykłym, monotonnym rytmem, którego nic nie jest w stanie zaburzyć. Każdy zna każdego. W powietrzu czuć słony zapach Atlantyku i smażonych ryb. Jest sielsko i kolorowo z powodu wielobarwnych domków, przypominających pudełka od zapałek. Chłoniemy tę atmosferę, myśląc jakby cudnie byłoby tu pomieszkać.

Ruszamy dalej. 


Po około 2 h docieramy do malowniczego Los Gigantes...



Kierujemy się w stronę portu, kupujemy bilety na rejs - 15 euro każdy - dobra cena, bo w sezonie potrafią być o 10 euro droższe. Miejscowi mówią, że klify Los Gigantes okalające miasteczko trzeba zobaczyć z Atlantyku. Wtedy wyglądają najpiękniej. Mają rację. Łódź wypływa w ocean. Spojrzenie w stronę lądu. Oczom ukazuje się jeden z najbardziej niesamowitych widoków. Klify mają ponad 600 metrów wysokości. Są groźne i majestatyczne zarazem. Otaczają miasteczko, jakby chciały je ochronić przed atakiem wroga, przed niebezpieczeństwem. 

   
W czasie rejsu obok nas płyną delfiny. Silnik ustaje, współtowarzysze szaleją z aparatami, robiąc miliony zdjęć. Widok ich srebrzystych grzbietów z tak bliskiej odległości jest nieco nierealny, jak scena z filmu.

 


W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Puerto de Santiago...


...barwy miasteczka są przytłaczające. Wszechobecne. Terapia kolorem 24/7, 365 dni w roku. Wyobrażam sobie, że ci, którzy tu mieszkają, nigdy nie miewają złego dnia. Szwendamy się pomiędzy tą paletą odcieni bez specjalnego celu, klucząc pomiędzy krętymi uliczkami. Jedna z nich zaprowadza nas w takie miejsce... 

Popołudnie w zupełnej ciszy.




DZIEŃ 3

El Teide, Puerto de la Cruz, Masca 


7.00 rano - pobudka. Dziś trzeba wyjechać wcześniej niż zwykle. Tyle kilometrów do pokonania. Budzik tańczy na nocnej szafce jak opętany. Wstajemy. Na śniadanie ciepła bagietka, aromatyczne chorizo i ser pleśniowy. Pysznie. Mogłabym to jeść codziennie.Tym razem zamiast trampek wkładam bronxy, a przewiewną tunikę zastępuje ciepły sweter i parka. Obowiązkowo jeszcze wełniany komin - ten szary, udziergany przez mamę na drutach. W górach będzie wietrznie,chłodno i ekscytująco. 

Wyjeżdżamy z otulonego słońcem Las Americas. Termometr pod hostelem pokazuje 21°C. Nie chce się wierzyć, że niebawem będziemy dygotać z zimna. Kręta droga na El Teide - najwyższy szczyt (3 718 m n.p.m.) nie tylko Teneryfy, ale i całej Hiszpanii, jest niemal pusta. Od czasu do czasu mijają nas tylko kolarze. Wow. Czy oni naprawdę mają zamiar wjechać na wysokość 3 000 m ROWEREM? Tak. Istne szaleństwo. Spotykamy ich potem u stóp gór. 

Ale zanim to, czas na pierwszy przystanek i drugie śniadanie. Jesteśmy w Vilaflor - najwyżej położonej na wyspie wsi (1 400 m n.p.m.). Jak się później okaże zjemy tu jedyny wart zapamiętania posiłek. Knajpa jest obskurna, ale pełna przyjezdnych. Biorę to za dobry omen. Zostajemy. Zresztą to jedyna restauracja we wsi, więc albo to, albo puste brzuchy. Zamawiam fabadę, tradycyjne hiszpańskie danie z fasolą i kilkoma rodzajami mięsa. Dobry wybór. Jedzenie jest aromatyczne i autentyczne.

Siedzimy na zewnątrz, mimo że jest tylko 10°C. Słońce praży, chłód jest przyjemnie znośny. Obok rowerzyści piją izotoniczne napoje. Dzieciaki biegają między stolikami. Kot wygrzewa się na stoliku obok. Z wnętrza nęci nas słodki zapach espresso. Jest pięknie. Chcę ruszać dalej.   

 
El Teide jest zupełnie inny od tych gór, które znam. Bardziej łagodny, przyjazny. Zachęca swoją wielobarwną strukturą. Jakby prosił, żeby się na niego wdrapać. Niestety śnieg wszystko psuje. Z jego powodu szlak na szczyt jest zamknięty. Bez specjalnego pozwolenia (do zdobycia tutaj), które wydają władze Parku Narodowego, nie możemy zdobyć góry. Szkoda, ale przynajmniej jest powód, by przyjechać na Teneryfę jeszcze raz - latem.

Na szczęście pięknem księżycowego krajobrazu można zachwycać się przejeżdżając przez park autem. Sprytnie sobie tu wszystko obmyślili, jedna z dróg z południa na północ wyspy, wiedzie właśnie przez masyw górski.


Z gór zjechaliśmy prosto do Puerto de la Cruz...


...zatrzymujemy się na tamtejszej plaży, żeby złapać oddech. Szybki obiad. Wolny spacer. Zdjęcia. Zapach oceanu. Ogromne, wściekłe fale. Czarny piasek. Zasnute chmurami niebo. I spokój.

Wyjeżdżamy.



 Kierujemy się na zachód, żeby zobaczyć drugi masyw gór - Teno. To w nim ukrywa się wśród porośniętych tropikalną roślinnością szczytów Masca (600 m n.p.m.). 


Droga do tej małej osady jest co najmniej osobliwa. Snuje się po zielonych zboczach niczym cienka żmija. Zakręca w najbardziej nieoczekiwanych miejscach nawet o 180°. Bywa groźna - kiedy słońce oślepia i dopiero w ostatnim momencie widać nadjeżdżające z przeciwka auto. Bywa ciasna - rozsypane na jej całej długości małe wysepki pomagają minąć przeciwnika. Bywa... nie - jest magiczna.   



Oto ona w pełnej krasie - Masca! Jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałam w życiu. Banał, wiem, ale to prawda.  


Wspieramy lokalnych przedsiębiorców obżerając się ich ciastami i dżemami. Bananowy i z kaktusa najlepsze!


Popołudnie idealne.



Gratuluje wytrwałym :)

CDN...